Iwona Surmik ”Ostatni smok”

autor: Aleksandra ”Elfica” Wołoszyn

Fantasy rządzi się swoimi prawami. Nawet w kwestii okładek. Jeśli znajduje się na niej rozdziana dziewoja w towarzystwie mniej lub bardziej wijącego się gada - to i tak autor może mówić o szczęściu. Na widok „Ostatniego smoka” Iwony Surmik próbowałam nie sarkać, w myśl zasady „Nie oceniaj książki po okładce”. Ale będąc już po lekturze stwierdzam, że w tym przypadku okładka jest wręcz idealnym predykatorem zawartości.

Zgodnie z tytułem: jest smok. Zgodnie z nadziejami: jest księżniczka, urody przecudnej, bohater po przejściach, świat w wielkim stylu ratujący. Jest wszystko to, czego można się w fantasy spodziewać. Książka jest napisana wartko, ciekawie, a nierzadko wcale mądrze. Czytelnik może się radośnie zanosić śmiechem, podumać nad ludzką dolą, pozachwycać złośliwością pióra. Plastyczność obrazu jest niesamowita. W czym zatem problem? Czy tylko brak przyrodzonej słodyczy charakteru każe mi książkę ocenić jako w gruncie rzeczy nieciekawą i wydumaną? Otóż sprawa ma się tak: miejscami książka jest naprawdę fascynująca. Miejscami. Aby się jednak dostać z jednego do drugiego, należy przedrzeć się przez grząskie bagna poczynań bohaterów, wytrzymać naiwne myśli wspomnianej księżniczki i cały czas usilnie sobie wmawiać, że nie czyta sie baśni, lecz fantasy.

Fabuła przedstawia się jak następuje: panna z dobrego domu, Lyllana, gości u młodego panka, Udolfa, syna Gubernatora. Gości niedużo, bo kandydat do jej ręki nijak nie przypomina księcia z bajki, który wybawi z opresji i zadba o dobro kraju z pieśnią na ustach. Młody panek to hulaka, Lyllanę chce uwieść, a w jego łożnicy brakuje chyba tylko dziada z babą. Pannie cała sytuacja bardzo się nie podoba, nie bardzo wie, czy nie grozi jej coś więcej niż tylko splamiony honor. Nie namyślając się długo Lyl ucieka z zamku w las i wpada w pierwsze lepsze wnyki. Z opresji ratuje ją ogrodnik z pobliskiej wioski: oswobadza, zaprowadza do swego domu i doprowadza z grubsza do porządku. Kiedy Lyl mówi Imediazowi, że jej wuj ma na imię Stewar, ogrodnik zgadza się nawet eskortować ja z powrotem do rodzinnego zamku. W tym czasie Udolf, niezbyt zachwycony ucieczką panny zbiera burę od ojca, który nie jest zachwycony nieudolnością syn. Dzięki temu nie są zachwyceni również Obdarowani, których możni posyłają (porządnie najpierw złoiwszy skórę, ot, tak na wszelki wypadek) w pościg za panną. Pannna tymczasem wędruje z Imediazem przez głusze, knieje i miasta, kłócąc się na temat bohaterów, ze szczególnym uwzględnieniem tych wojennych. Doprawdy, w tym momencie intryga osiąga poziom kryminału dla trzylatków. I jakkolwiek niektóre fragmenty są doprawdy fantastyczne, od tej pory logiczność akcji staje się grubymi nićmi szyta.

Trudno mi było zdzierźyć logikę książki. Już od pierwszej sceny nasuwały mi się na usta złośliwe komentarze: uciekać w las pełen wszelkiego dobra, od rozbójnika do niedźwiedzia? Później nie jest wcale lepiej, działania bohaterów rozmijają się ze zdrowym rozsądkiem jak politycy z prawdą. Linia podziału między dobrymi i złymi bohaterami jest aż nadto wyraźna. Główni bohaterowie są kryształowi, bez skaz na charakterze niemal, a jeśli już mają w sobie coś złego, to chyba tylko po to, aby mogli z tym heroicznie walczyć. Na tym tle, niczym słoneczko na niebie, wyróżnia się postać Udolfa: skomplikowana, targana namiętnościami, doskonale skonstruowana. Czytanie o nim to czysta przyjemność. Zawiłość intrygi przyprawia o zawrót głowy. Pod warunkiem, że ktoś ma zawroty stojąc twardo obiema nogami na ziemi. W depresji geograficznej. Archetypowość głównych wątków jest po prostu nudna a o intelektualnych igraszakch nie ma nawet co marzyć. Zdarzają się opisy ważnych wydarzeń, które wyglądają tak: „Na dziedzińcu trwała bitwa. Crystończycy walczyli z królewskimi żołnierzami” – i ani słowa więcej. Szkoda.
Właściwie poszczególne sceny mają w sobie dużo więcej uroku niż cała książka razem wzięta. To trochę tak, jakby z doskonałych sładników upiec zakalec: zjeść to się da, jest słodkie, ale gościom podawac raczej nie lza.

„Ostatniego smoka” przeczytać warto. Kupić niekoniecznie. Najlepiej omamić jakiegoś miłośnika smoków tytułem, przeczytać interesujące, żywe fragmenty (a jest ich sporo) a kiedy ów dokona zakupu – pożyczyć od niego wspomnianą lekturę. I oddać, zachowując w pamięci tylko to, co w niej dobre.

Tytuł: Ostatni Smok
Autor: Iwona Surmik
Wydawca: Runa
ISBN: 83-89595-15-X
Liczba stron: 432

Jeden komentarz do “Iwona Surmik ”Ostatni smok””

  1. Ciekawa recenzja, ale czy nie za duzo krytyki? Mi na przyklad bardzo przyjemnie i lekko czytalo sie ta ksiazke, nie wszystko musi byc najwyzszych lotow:)

Komentuj