Niedźwiedź Warszawski
autor: Andrzej Sawicki
Woda w Wiśle z dnia na dzień była coraz bardziej mętna i śmierdząca. Trudno mi było oprzeć się wrażeniu, że płynę w gęstej zupie. Nie przejmowałem się tym specjalnie, bo przecież wlazłem do rzeki z własnej woli. Warszawiakom też najwidoczniej nie przeszkadzało, że w dwumilionowym mieście nie ma ani jednej oczyszczalni ścieków i wszystkie nieczystości trafiają do Wisły, która sobie leniwie płynie po polskiej krainie, śmierdząc coraz bardziej.
Brnąłem pod prąd, mocnymi machnięciami potężnych ramion walcząc z nurtem. Od urodzenia byłem świetnym pływakiem, zresztą jak wszyscy w mojej rodzinie. Dziś nie pływałem dla zabawy czy ochłody, choć to właśnie słońce sprowokowało mnie bym wybrał tą drogę do celu. Mogłem dotrzeć na miejsce maszerując, zatłoczoną o tej porze, Targową, ale nie po to urwałem się z roboty by łazić w taki upał po mieście. Postanowiłem ograniczyć kontakt z brudnymi, dusznymi ulicami do minimum i jako, że było właściwie po drodze, przepłynąć sobie kawałek rzeką.
Minąłem most Średnicowy i powoli zbliżałem się do Poniatoszczaka. Zanurkowałem po raz ostatni, wypływając na środek rzeki, zrobiłem pod wodą kilkadziesiąt metrów, czerpiąc ile wlezie radości z pływania. Brudna, bo brudna, ale woda dawała jednak sporą ochłodę. Podpłynąłem do brzegu i wygramoliłem się na biały, wiślany piasek. Na powierzchni byłem tylko niezgrabnym, ważącym ponad pół tony, olbrzymem. Woda natychmiast spłynęła po białym futrze, które wyschnie już za chwilę. Zmierzyłem wzrokiem siedzącego w krzakach wędkarza. Udawał, że nie zwraca na mnie uwagi, dziwak. Co on próbuje złowić w tym ścieku? Chyba nie liczy na to, że wyciągnie rybę.
Ruszyłem raźno w stronę wału Miedzeszyńskiego. Trochę mi się spieszyło, Wyrocznia wzywała w trybie natychmiastowym, a musiałem jeszcze znaleźć Szamana. Nie lubiłem odwiedzać go w pracy, ale nie było wyjścia. Przebiegłem przez zatłoczoną trasę wiodącą wzdłuż rzeki ignorując klaksony wiecznie wściekłych kierowców. Na warszawskich ulicach obowiązywała tak zwana chamówa i bezlitosna walka wszystkich ze wszystkimi. Ryknąłem zatem ostrzegawczo na palanta w maluchu któremu tak się śpieszyło, że próbował mnie najechać. Zmiótł bym tego rajdowca, razem z jego zdezolowanym bolidem jednym machnięciem łapy, ale i tak niczego bym go przecież nie nauczył. Pobiegłem dalej i już po chwili znalazłem się na tyłach miejsca pracy Szamana.
Przede mną wznosiła się betonowa bryła Stadionu Dziesięciolecia, obecnie znanego jako Jarmark Europa. Istnienie czegoś takiego z pewnością było efektem działania anomalii w czasoprzestrzeni, wrót w rzeczywistości. Nikt mi nie powie, że to jest normalne. Nawet władze Warszawy, nie wpadłyby na tak szalony pomysł by jedyny w stolicy obiekt sportowy zamienić w gigantyczne targowisko. Bazar żył własnym życiem, stanowiąc państwo w państwie, będąc sercem handlu szemranym towarem i schronieniem dla tysięcy nielegalnych imigrantów.
Moje teorie tyczące nienaturalnego pochodzenia targowiska, Szaman gasił stwierdzeniem, że ma to gdzieś i jak dla niego taka anomalia to jedyna fajna rzecz w Wawie. Co się dziwić, Szaman sam był imigrantem z któregoś z biednych, afrykańskich krajów. Przyjechał do Polski z nadzieją zrobienia kariery jako piłkarz. Tak samo jak setki jemu podobnych, skończył jako handlarz gaciami na stadionie. Gdyby nie bazar zostałby bez środków do życia. Czarny jak heban chudzielec, a do tego gej obwieszony błyskotkami od początku nie miał szans na sportową karierę. Za to jako handlarz radził sobie doskonale, potrafił wcisnąć każdą chińską szmatę, otumanionej klientce. Charytatywnie działał w jednym zespole ze mną i Wyrocznią, nie miał zresztą innego wyjścia, Wyrocznia sama go wybrała, a z nią trudno było dyskutować.
Obszedłem stadion dookoła kierując się do głównego wejścia. Nawet wokół i przed samym targowiskiem tętniło bazarowe życie. Tłumy ludzi przelewały się rwącymi strumieniami, omijając brudne budy z towarami o niezwykle korzystnych cenach. Tłum omijał też mnie, nie musiałem nawet silić na ostrzegawcze warknięcia. Nie znosiłem tego, ocierających się o siebie spoconych bab i bazarowych cwaniaków, dlatego niechętnie wpadałem do pracy Szamana. Minąłem stojących w rozkroku, dwóch ochroniarzy, którzy dla świętego spokoju udawali, że mnie nie widzą. Wszedłem na koronę stadionu, pustych trybun nie było nawet widać, zasłaniały je budy z towarem. Wokół słychać było melodyjny rosyjski, bełkotliwy wietnamski i setki niezidentyfikowanych, afrykańskich narzeczy. Jarmark Europa był naprawdę kosmopolityczny i tolerancyjny, tu nie liczył się kolor skóry, narodowość czy wyznanie. O statusie i szacunku decydował handel i jedyny bóg rządzący na bazarze - Pieniądz.
- Gdzie jest Szaman? - ryknąłem do odwróconego tyłem murzyna z ogoloną do skóry głową.
Chłopak aż podskoczył słysząc basowe dudnienie za plecami. Wytrzeszczył szeroko otwarte oczy, patrząc na mnie z przerażeniem. Chyba trochę przesadziłem, zabobonni Afrykańczycy zawsze dziwnie reagowali gdy pojawiałem się niespodziewanie. Lubiłem respekt jaki wzbudzałem wśród ludzi, ale nie ma co się dziwić, byłem wszak potężnie zbudowanym niedźwiedziem polarnym, przedstawicielem największych drapieżników na świecie.
- Tu jestem - z zaplecza wysunęła się głowa Szamana. - Nie strasz chłopaka, jest nowy.
- Zabieraj graty i idziemy - mruknąłem kiwając głową na boki. - Wyrocznia wzywa natychmiast.
- O tej porze? Oszalała, czy co? W środku dnia mam zostawić stoisko, wiesz jakie będę miał straty? - murzyn wystrzelił z zaplecza wymachując rękami ozdobionymi setką błyszczących bransoletek
- Nie marudź, odkujesz się w niedzielę - wiedziałem, że w weekend na bazarze jest największy ruch. - Musi być coś ważnego, jeśli Mała wzywa nas w trybie alarmowym.
Mamrocząc pod nosem Szaman wrócił na zaplecze. Zostałem sam ze stojącym bez ruchu młodym sprzedawcą, który zdawał się blednąć coraz bardziej, mimo czarnego koloru skóry. Obawiałem się, że za chwilę zemdleje. Szaman pojawił się jednak już po minucie, może dwóch. Na ramię zarzuconą miał kolorową, damską torebkę z frędzelkami. Drobił kroczki po gejowsku, co jak zawsze cholernie mnie rozśmieszało. Prychnął widząc jak wyszczerzyłem pysk w uśmiechu i zmienił krok na normalny. Ruszyliśmy do wyjścia z bazaru. Stanowiliśmy dość nietypową parę, chudy murzyn obwieszony błyskotkami i biały niedźwiedź, ale nie wzbudzaliśmy sensacji, warszawiacy przywykli do jeszcze dziwniejszych widoków na ulicach.
* * *
- No nie, Mała - mruknąłem - nie mów, że ściągnęłaś nas awaryjnie tylko po to by załatać takie nędzne wrota.
- To tylko na rozgrzewkę - odparła. - Miałam dziś naprawdę straszny sen, szykuje się paskudne rozdarcie, ale póki co załatajmy te. Czuję, że jest gdzieś tutaj, widzisz coś, Misiu?
Pewnie, że widziałem, przecież tylko dlatego należałem do zespołu. Ludzie nie widzieli skaz w eterze, ich umysły były zbyt hermetyczne, zbyt przesycone cywilizacją, nie to co moje zmysły. Urodziłem się w zoo i całe życie spędziłem w mieście, ale ciągle pozostawałem bez porównania bardziej związany z naturą niż oni.
Spojrzałem na Szamana grzebiącego w torebce i na sięgającą mu ledwie do ramienia pryszczatą nastolatkę. Wyrocznia była młodziutką, ludzką samiczką ubraną w wyciągnięte spodnie, których krok wisiał na wysokości kolan, pstrokatą koszulkę i przekrzywioną czapkę z daszkiem. Nie wyglądała na charyzmatyczną przywódczynie, ale pozory myliły. Dziewczyna została obdarzona mocą i świetnie sobie z nią radziła, potrafiła ustawiać wszystkich wokół jednym, wymownym spojrzeniem. Ta jej łatwość radzenia sobie z ludźmi trochę mnie przerażała.
- Szamanie, czy jesteś gotowy? - Wyrocznia zwróciła się do murzyna nie czekając na moją odpowiedź. - Miś zaraz wskaże nam wrota. Nie są zbyt wielkie
Staliśmy na chodniku przed jednym ze starych domów Saskiej Kępy. Cicha, spokojna dzielnica zdawała się być nie na miejscu w tej części miasta. Rozwrzeszczany, paskudny Stadion Dziesięciolecia, ze swoim koszmarnym bazarem, znajdował się raptem po drugiej stronie ulicy. Wystarczyło tylko zagłębić się w wąskie uliczki Saskiej Kępy by znaleźć się w innym świecie. Natychmiast robiło się cicho, szum i jazgot miasta wygasał i pozostawał gdzieś z tyłu. Wokół wznosiły się niesamowite kamieniczki i wille zbudowane jeszcze w czasach Młodej Polski. Modernistyczne budynki przemieszane były z nowoczesnymi, luksusowymi rezydencjami ambasad i konsulatów.
W jednej z przedwojennych kamienic mieszkała Wyrocznia, Saska Kępa i część starej Pragi była siłą rzeczy jej naturalnym rewirem. Dla mnie zresztą też, przyszedłem na świat w warszawskim zoo, w samym sercu Pragi. Tylko Szaman był przyjezdnym, ale błyskawicznie wrósł w dzielnicę. Nasz zespół opiekował się tą niewielką częścią miasta, likwidując wrota i rozdarcia. Staraliśmy się ocalić jak najwięcej z nieskalanej rzeczywistości.
Szaman wyciągnął z torebki swoje grzechotki i zawył. Lubi zwracać na siebie uwagę. Nieliczni przechodnie, dwie starsze panie z pieskami na smyczach i jeden zawiany mężczyzna, przystanęli patrząc z ciekawością. Murzyn zaczął swój szalony taniec podskakując w rytm mruczanej melodii. Potrząsał przy tym grzechotkami wprowadzając się w trans. Zmrużyłem oczy wpatrując się w rozdarcie migoczące jakieś cztery metry nad ziemią. Wyrocznia położyła dłoń na moim łbie i zanuciła w rytm wycia Szamana. Zacząłem się kiwać przenosząc ciężar ciała z jednej łapy na drugą. Murzyn tańczył coraz szybciej, wirując wokół nas niczym satelita.
Wrota nie były zbyt duże, unosiły się nad ogrodzeniem, przed starą kamienicą, naprzeciw zamocowanego przy oknie talerza anteny satelitarnej. Pewnie to ona uszkodziła eter i je wygenerowała. Póki co, żadna anomalia się jeszcze nie przedostała. Zaraz załatamy uszkodzenie i będzie po sprawie.
Szaman katalizował nasze połączenie w jeden organizm, wspólny byt o potężnej woli mogącej wykrzywić czasoprzestrzeń niczym oddziaływanie grawitacyjne czarnej dziury. Skupiałem na sobie wytworzoną energię kierując ją w rozdarcie. Cholera! Coś chyba wyciekało, trzeba zamknąć otwór natychmiast, zanim anomalia uszkodzi i zdeformuje rzeczywistość.
Przymknąłem oczy koncentrując się z całych sił. Kątem oka widziałem jak metalowe ogrodzenie pod dziurą zakwita czerwonymi kwiatami żarzącego się metalu. Na pordzewiałym płocie świeciły żelazne róże rozgrzane do czerwoności. Energia przepłynęła przeze mnie niczym rwąca rzeka płynnego ognia. Ryknąłem z bólu i w tej samej chwili wrota znikły.
Złapałem głęboki oddech, czułem jak Wyrocznia drapie mnie za uchem.
- Już dobrze. Wszystko w porządku - szepnęła.
Obok na chodniku usiadł Szaman. Rozejrzałem się wokół, jak zwykle starając się sprawdzić czy rozdarcie zmieniło rzeczywistość. Wszystko było jednak jak zwykle, tylko stary, żelazny płot błyszczał gorącymi różami, co było dość nietypowe o tej porze roku. Zdarzało się jednak, szczególnie w starych płotach wykonanych przez dawnych mistrzów metalurgów. Zresztą kwitł już zanim tu przyszliśmy, dobrze pamiętam.
To właśnie było najgorsze w całej tej zabawie. Nigdy nie było wiadomo czy anomalia nie zmieniła rzeczywistości. Z chwilą gdy ta zatruwała nasz świat natychmiast stawała się jego częścią. Człowiekowi mogła wyrosnąć nowa głowa, a by się nie zorientował tylko traktował to jako coś normalnego, istniejącego od zawsze.
- Zauważyliście coś? - spytałem.
Wyrocznia wzruszyła ramionami. Chyba jednak wszystko pozostało po staremu. Zdążyliśmy w porę.
* * *
- Chyba żartujesz? Mamy jechać na śródmieście? - spytałem zaskoczony.
Wyrocznia poprowadziła nas podziemiami pod rondem Waszyngtona, skręcając na przystanek tramwajowy skąd jeździły wagoniki na drugą stronę Wisły. Po zamknięciu wrót na Saskiej Kępie, dziewczyna wyraźnie się ożywiła i rozkazała szybki marsz by natychmiast zająć się głównym zadaniem przewidzianym na dziś.
- Niestety - mruknęła przekrzywiając jeszcze mocniej daszek czapki. - We śnie widziałam wyraźnie gmach Politechniki. Wizja była bardzo intensywna, nie wróżyła nic dobrego. Chyba będziemy musieli pomóc tym nadętym jajogłowym.
Spojrzałem na nią uważnie. Nie żartowała, naprawdę mieliśmy pojechać na śródmieście, wkroczyć na obcy rewir. Sprawa musiała być bardzo poważna jeśli Wyrocznia się na to zdecydowała. Chronicznie nie cierpiała zespołu, który sprawował służbę w tamtej części miasta. Nie było w tym nic dziwnego, Doktorzy byli jedynymi znanymi mi osobami, na które nie dział autorytet dziewczyny. Uważali ją za dzieciaka i nie kryli co myślą o jej metodach zamykania wrót.
Świderski, Winder i Basiak, pracownicy naukowi politechniki, kolejno: doktorzy fizyki, elektroniki i informatyki. Mieli zupełnie inne podejście do zjawisk, którymi staraliśmy się zapobiegać. Posługiwali się opracowanymi przez siebie metodami naukowymi. Starali się nie tylko likwidować rozdarcia, ale też je badać chcąc zgłębić ich naturę. Któregoś razu doszło do poważnego spięcia między Małą a naukowcami. Wyrocznia przysięgła, że choćby miał być koniec świata to więcej na śródmieście nie pojedzie, niech sobie te nadęte durnie radzą sami. Od tamtej pory minęło pół roku i byłem pewien, że dziewczyna przez ten czas nawet nie spojrzała w kierunku śródmieścia. Zatem sytuacja musiała być naprawdę poważna jeśli nie proszona zdecydowała się tam jechać.
Zanim Winder nazwał Wyrocznie rozpieszczoną smarkulą, a ona go łysym capem, zdarzyło mi się kilka razy rozmawiać z naukowcami. Szczególnie lubiłem doktora Świderskiego, wesołego, młodego fizyka, który przewodził Doktorom. Niespełna trzydziestoletni chłopak był pełnym zapału i energii naukowcem, potrafiącym jednak zachować dystans do nauki i siebie. Nie zapanowała nad nim duma i samozachwyt co przytrafiało się sporej części utytułowanych naukowców. Potrafił normalnie rozmawiać ze zwykłymi ludźmi, nie patrząc na nich z góry, przez pryzmat swoich doktoratów i habilitacji. Kładłem się na trawie, w parku na dziedzińcu Polibudy, a Świderski siadał obok i popijając dyskretnie piwo z butelki, gadał ze mną jak równy z równym.
- Widzisz pan, panie Misiu - któregoś razu z własnej inicjatywy zaczął tłumaczyć mi istotę wrót i anomalii - spójrzmy na to co dzieje się z przyrodą. Ludzie, odkąd intensywnie zaczął rozwijać się przemysł i cywilizacja, eksploatują ziemię bez opamiętania. Nie zważając na nic zatruwamy wodę, glebę i powietrze, dramatycznie zmieniając ekosystem. Niszczymy środowisko, deformujemy je, gwałcimy nurzając w ściekach i emitując w atmosferę gigantyczne ilości zanieczyszczeń. Widzimy niektóre z efektów tej dość bezmyślnej działalności, wiemy, że co dzień ginie kilka gatunków zwierząt, że na skutek efektu cieplarnianego zmienia się klimat, że pędzimy w dół po równi pochyłej. To jednak nie wszystko. Wraz z rozwojem techniki zaczynamy zanieczyszczać coraz to nowe obszary na których znaleźliśmy się przy pomocy maszyn. Wszystko zaczęło się od wynalezienia radia i nadania pierwszej audycji radiowej. Dziś, w każdej sekundzie, wszędzie wokół, przestrzeń przeszywa promieniowanie elektromagnetyczne. Dziesiątki kanałów telewizyjnych nadaje programy, drugie tyle stacji radiowych śle swoje audycje, dziesiątki przekaźników telefonii komórkowych emituje miliony wiadomości i rozmów właściwie bez przerwy, tysiące urządzeń elektrycznych i elektronicznych wytwarza własne pole elektromagnetyczne.
- Ludzie zanieczyścili eter - stwierdziłem.
- Tak, eter. Tak dawni fizycy nazywali niewidzialną przestrzeń w której roznoszą się fale radiowe - kiwnął głową Świderski po czym pociągnął głęboki łyk z butelki. - Zanieczyszczenie eteru właśnie przynosi efekty. Tak jak emisja freonów do atmosfery spowodowała powstanie dziur ozonowych, tak ciągłe szatkowanie eteru generuje wrota w czasoprzestrzeni. I na tej samej zasadzie, na której przez dziury ozonowe wpada twarde promieniowanie kosmiczne, tak przez wrota w eterze wlewają się anomalie.
- Które zmieniają rzeczywistość - dodałem.
- O ile efekty niszczenia przyrody ożywionej możemy zaobserwować, o tyle zmian w rzeczywistości nie widać.
- Bo każda taka zmiana natychmiast deformuje i dostosowuje naszą rzeczywistość - mruknąłem - tak przynamniej mówi Wyrocznia.
- Mała ma rację - przytaknął fizyk. - Po zadziałaniu anomalii nie wiemy nigdy co wygenerowała bo natychmiast staje się to dla nas czymś realnym i istniejącym od zawsze. Wszystko co nas otacza może być efektem oddziaływania rozdarcia w eterze. Dajmy na to, paskudne, blaszane domy towarowe na placu Defilad, może nigdy nie powinny istnieć? Albo chamskie, wiecznie obrażone urzędniczki na poczcie? To też może efekt zanieczyszczenia środowiska?
- Żarcie z fastfoodów? Kieszonkowcy z Centralnego?
- Gadające niedźwiedzie? - uśmiechnął się doktor Świderski.
- To głupi żart - warknąłem unosząc łeb. - Ciekawe jakbyś się czuł gdyby ktoś zanegował twoje istnienie. Moja rodzina mieszka w warszawskim Zoo od 1908 roku i wszyscy świetnie mówili, pradziadek walczył w powstaniu i…
- Wybacz panie Misiu, nie chciałem pana urazić.
Nie byłem obrażalski, wybaczyłem Świderskiemu właściwie od razu, w przeciwieństwie do Wyroczni, która potrafiła być diabelnie pamiętliwa. Od moich rozmów z doktorem minął szmat czasu, ale ciągle je pamiętałem. Traf chciał, że gdy do przystanku na rondzie Waszyngtona zbliżał się tramwaj przypomniałem sobie jeszcze jedną z nich.
- Cholera! - ryknąłem - Wsiadamy do tramwaju, gazem na Polibudę! Chyba wiem co Doktorzy chcą zrobić! Nie jest dobrze, musimy się śpieszyć!
Szaman spojrzał na mnie znacząco i popukał się w czoło.
- Nie rób scen, jak baba - mruknął i wyjął małe, okrągłe lusterko z puderniczką, zamierzał chyba poprawiać sobie makijaż. - Nie uciekną nam, zresztą co te palanty mogłyby zmalować? Prawda Wyrocznio?
- Chyba Miś ma rację. Ciągle czuję niepokój, ruszajmy jak najszybciej.
W tramwaju był dość duży tłok, ale gdy energicznie wbiegłem do środka, wokół zrobiło się znacznie luźniej. Nie musiałem nawet się rozpychać.
* * *
Pędziłem jak szalony niosąc Wyrocznię siedzącą mi okrakiem na plecach. Dziewczynie czapka spadła z głowy, a długie, rude włosy spięte dotychczas w kucyk, rozsypały się w nieładzie. Wyglądaliśmy jak żywcem zdjęci ze staropolskiego herbu. Panną Na Niedźwiedziu pieczętowało się wiele rodzin, a do dziś ta para pozostawała w godle Tomaszowa Mazowieckiego. Kilka metrów za nami biegł saracen, grzechocząc obrączkami i naszyjnikami. Mimo powagi nadchodzącego zagrożenia, dotarł do absurd sytuacji i głośno parsknąłem śmiechem. Wyrocznia wzięła moje porykiwania za objaw zdenerwowania, poklepała mnie uspokajająco i łagodnie spytała:
- Co takiego powiedział ci Świderski? Co te bałwany chcą zrobić?
- Chyba chcą sami wygenerować wrota w laboratorium by je gruntownie przebadać - wysapałem nie zwalniając tępa. - Świderski mówił, że starają się o grant na te badania i o pozwolenie by przeprowadzić je w jednym z instytutów politechniki. Gadał coś o tym, że chcą sprawdzić co jest po drugiej stronie wrót, że to może bramy do światów równoległych…
Przebiegliśmy przez Koszykową i Noakowskiego, minęliśmy gmachy Transportu i starej Chemii, by wreszcie wpaść w bramę prowadzącą na dziedziniec Polibudy. Nie wracając uwagi na strażników przebiegliśmy wzdłuż tyłów Gmachu Głównego i obok Starej Kotłowni.
- Ale jak chcą zbadać dziurę
- Będą chcieli ją ustabilizować i utrzymać w równowadze.
- By stworzyć rozdarcie trzeba ogromnej mocy, jakiś potężnych emitorów promieniowania, czy czego tam - stwierdziła Wyrocznia - nie wiem jak to się nazywa, nie jestem zbyt dobra z fizyki.
- Ogromnej mocy, powiadasz? - mruknąłem zatrzymując się w miejscu.
Stanęliśmy przed odrapanym gmachem, jak wszystkie stare budynki uczelni, masywnym i o grubych, ciężkich murach. Do wielkich, drewnianych drzwi prowadziły kamienne schodki. Przed wejściem wisiała czerwona tabliczka z wiele mówiącym napisem: Instytut Wielkich Mocy i Wysokich Napięć.
- Może lepiej tam nie wchodźmy? - wydyszał Szaman siadając na chodniku i z trudem łapiąc oddech.
Poczułem jak futro staje mi dęba, każdy włos na sztorc. Wyrocznia też coś poczuła i to mocno, bo aż pisnęła łapiąc się za głowę.
- Zaczęło się! - ryknąłem - Uruchomili generator pola, chyba już ich nie powstrzymamy.
Dziewczyna skoczyła jako pierwsza prąc ramieniem na wielkie drzwi gmachu. Doskoczyłem i machnąłem łapą nieomal wyrywając je z zawiasów. Wpadliśmy do środka, bez słowa wbiegając na górę po stromych schodach. Oboje czuliśmy gdzie właśnie otworzyły się ogromne wrota. Za chwilę zacznie przez nie przeciekać obca rzeczywistość, zmieniając i zanieczyszczając wszystko co znamy.
Drzwi laboratorium na ostatnim piętrze zamknięto od wewnątrz. Musiałem użyć siły i jednym uderzeniem zgruchotać stare deski. Wyrocznia wbiegła do środka jako pierwsza.
Tylko ja je widziałem, unosiły tuż nad podłogą, górną krawędzią sięgając sufitu. Nieomal cmoknąłem z podziwu, dobrze ponad trzy metry wysokie, naukowcy stworzyli na prawdę piękny okaz. Opalizujące, nienaturalne skażenie czasoprzestrzeni falowało łagodnie. Co i rusz wstrząsały nim potężne wyładowania elektryczne, strzelające z metalowego ustrojstwa zajmującego część pomieszczenia. Tuż obok stali trzej naukowcy, uśmiechnięty chudzielec Świderski, łysy brodacz Winder i milczący okularnik Basiak. Wszyscy trzej ubrani w fartuchy i okulary ochronne, trzeba im przyznać, że przynajmniej BHP przestrzegali
- Co to ma znaczyć?! - rozdarł się, słynący z wybuchowości, Winder. - Kto wam pozwolił tu wejść?!
- Przybywamy w pokoju, chłopcy - uśmiechnął się Szaman.
- Precz, pedale!
- Grzecznie proszę - warknąłem obnażając zęby.
Winder skoczył w tył jakby chcąc schować się za plecami Świderskiego.
- Proszę o spokój! - uśmiechnął się przepraszająco młody doktor. - Zapraszam do środka, jeśli tak bardzo chcecie zobaczyć. Za chwilę wydarzy się historyczna chwila, którą porównać możemy do pierwszych kroków człowieka w kosmosie
- Co chcecie zrobić? - szepnęła przerażona Wyrocznia.
- Otworzymy przejście na drugą stronę… - naukowiec zawiesił rękę nad klawiaturą komputera podłączonego do metalowego ustrojstwa.
- Nie… - westchnęła dziewczyna i osunęła się na podłogę.
Świderski wcisnął ENTER.
Z metalowej konstrukcji wystrzelił piorun, który wbił się we wrota, a po chwili oplótł je wyładowaniami. Łuk elektryczny omiatał anomalię niczym wijący się wąż. Naukowcy doskoczyli do ekranów komputerów podłączonych do aparatury pomiarowej.
- No i jak? Co się dzieje? - spytał Szaman.
Tylko ja to widziałem. Wrota wpierw zapadły się w sobie, a potem błyskawicznie nabrzmiały jak balon. I pękły jak mydlana bańka rozdzierając się do znacznie większych rozmiarów.
- Nie udało się? - dopytywał się Szaman.
Zamarłem oniemiały, bałem się nawet drgnąć. Przez wrota coś przełaziło.
* * *
- No i co, bałwany, jesteście zadowoleni? - warknęła Wyrocznia trzymając się pod boki i wykrzywiając twarz w gniewnym grymasie. - Otworzyliście przejście na drugą stronę. I co teraz?
Cała nasza szóstka stała po drugiej stroni drzwi od laboratorium, które naukowcy przed chwilą zabarykadowali starą szafą z korytarza. Sytuacja wyglądała paskudnie, coś żywego przeszło przez wrota i zżarło generator wyładowań elektrycznych. Mała istota, wyglądająca jak biały królik w kubraku i z cylindrem na łebku, pożarła dwumetrową, stalową instalację jednym chapnięciem. Nawet zimnokrwistych naukowców wyprowadziło to z równowagi. Chyba nie spodziewali się takiego gościa.
- Ściągnęliście tu demona z otchłani, głupcy! - łkał Szaman - Teraz zacznie się apokalipsa.
- Przez tak wielkie wrota może wlać się potężna aberracja, która drastycznie zdeformuje rzeczywistość - pokiwał głową Świderski. - Tylko bez paniki, jesteśmy na to przygotowani. Na wypadek awarii, ustawiliśmy w labie ładunek, który detonując wygeneruje stabilizacyjną falę elektromagnetyczną. Takimi ładunkami, tylko setki razy mniejszymi, od lat zamykamy wrota na całym śródmieściu.
- Otóż to, nie ma na co czekać - stwierdził Winder.- Zamykamy je i po kłopocie, następny eksperyment zrobimy trochę inaczej.
- A co z króliczkiem? - spytała Wyrocznia.
- Musimy go uwięzić, to niezwykła istota, która… - Winderowi oczy zapłonęły fanatyzmem.
- Dość tych głupot! - ryknąłem - Jesteście nieodpowiedzialni i niebezpieczni. Bezmyślni bardziej niż studenci, którzy pierwszy raz w życiu wpadli do laboratorium. Żadnych więcej eksperymentów z aberracjami bo łby poprzetrącam. Wchodzimy tam wszyscy. Jajogłowi zamykają wrota, a my robimy porządek z krwiożerczym królikiem. Za mną!
Nie pozwolono mi wejść jako pierwszemu do labu. Wyrocznia stwierdziła, że wystraszę króliczka i jeszcze coś złego się stanie. Dziewczyna chciała wkroczyć tam na jakiś czas sama, lecz naukowcy się nie zgodzili. Ostatecznie Wyrocznia weszła razem z Świderskim, trzymając młodego doktora za rękę. Kazano nam poczekać na wezwanie. Szaman wyciągnął z torebki grzechotki i zaczął nucić jednostajną melodię. Rozgrzewał się przed akcją. Zmrużyłem oczy i zacząłem kiwać się w rytm melodii, trochę mnie to uspokoiło.
Wchodzenie w trans przerwał nam rozpaczliwy krzyk Świderskiego. Skoczyłem, wpadając do laboratorium jak pocisk. Świderski stał za konsolą komputerową i rozpaczliwie stukał w klawiaturę. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, nie było w nim ani Wyroczni, ani białego królika. Naukowiec ruchem głowy wskazał na wrota.
- Zamykają się! Sama! Trzeba to zatrzymać!
Rzeczywiście przejście wyraźnie się zwężało.
- Mała pobiegła za królikiem, rozdarcie wciągnęło ją do środka!
Bez wahania skoczyłem w kierunku wrót.
- Wyrocznio! Alicjo! - ryknąłem.
Było już za późno. Rozdarcie zamknęło się i znikło. Przyrżnąłem łbem w ścianę po drugiej stronie.
* * *
Na Pragę wracaliśmy z nosami spuszczonymi na kwintę. Wyrocznia przepadła wchłonięta przez wrota. Przeszła na drugą stronę, w inny świat, ukryty gdzieś za eterem. Nie poddamy się jednak, znajdziemy ją i sprowadzimy z powrotem. Zawiązaliśmy przymierze z naukowcami, za kilka dni znów wygenerujemy wrota, gdy tylko doktorzy uporają się z naprawami. Prócz generatora prądu królik pożarł dwa komputery i oscylator. Chłopaki zobowiązali się jednak jak najszybciej wszystko naprawić. Trochę jeszcze byłem zły na ich niefrasobliwość, chyba tylko cudem żadna aberracja nie wydostała się i nie skaziła rzeczywistości.
Z Szamanem postanowiliśmy wrócić ze śródmieścia na piechotę. Stwierdziliśmy, że spacer dobrze nam zrobi, pozwoli dojść do siebie i ochłonąć. Szliśmy sobie chodnikiem wzdłuż Alej Jerozolimskich, nie rozmawiając ze sobą. Patrzyłem na mijanych przechodniów i domy wzdłuż ulicy. Wszystko wydawało się normalne.
Minęliśmy hotel Forum, któremu niedawno wymieniono elewację. Nowa zdążyła już porosnąć gęstym, szarym futrem. Długie włosy łagodnie falowały na wietrze, futrzasty wieżowiec wyglądał naprawdę imponująco. Nie wiem tylko dlaczego konstruktorzy zdecydowali się na szare futro, a nie na jakieś w bardziej żywych barwach. Niespiesznie doszliśmy do Ronda de Gaulle’a. Plastikowa palma rosnąca na jego środku obrodziła w tym roku w wielkie kokosy. W ogóle całe rondo porosło plastikowym gąszczem, władze miasta powinny zrobić z tym porządek inaczej sztuczna dżungla rozpleni się na całe miasto.
Przeszliśmy obok Muzeum Narodowego i dotarliśmy do Mostu Poniatowskiego. Gdy maszerowaliśmy wąskim chodnikiem wzdłuż balustrady, minął nas kroczący, parowy tramwaj. Najnowszy model, niskopodłogowy, pomalowany w żółto-czerwone barwy miasta. Na takie zabawki to burmistrz zawsze znajdzie pieniądze, a gdy trzeba zadbać o Wisłę to już forsy nie ma. Wychyliłem się przez barierę patrząc na ławicę wychudzonych syren przepływających pod mostem. Chyba celowo ich nie dokarmiają by wyglądały jak anorektyczne modelki. To się ponoć bardziej podoba turystom. Wzruszyłem ramionami i tak przecież nic na to nie poradzę.
Spojrzałem przed siebie, na rozciągającą się przed nami prawobrzeżną Warszawę. Musiałem jeszcze przejść przez kawał starej Pragi nim dotrę do Zoo. Obróciłem się jeszcze raz patrząc na Śródmieście. Wszystko było po staremu, żadna aberracja nie zmieniła rzeczywistości. I tego powinniśmy się trzymać.
Koniec




Wstęp wymiata, tyle mogę powiedzieć póki co. Zapowiada się nieźle, przeczytam jednak później. Mam nadzieję, że będę czerpał dużo przyjemności z tej dobrze zapowiadającej się literatury
Tekst jest świetny. Jestem pod wielkim wrażeniem. Gratuluję!
bardzo dobre!