Fritz Leiber ”Wędrowiec”
autor: Piotr ‘Żucho’ Żuchowski
Muszę przyznać, że nigdy nie byłem wielkim fanem literatury science-fiction. Bardziej przemawiały do mnie inne konwencje w fantastyce. Z pewnym trudem przebijałem się przez kolejne klasyki braci Strugackich, nie porwała mnie również twórczość Lema ani Oramusa. Jednak, gdy dowiedziałem się, że w naszej redakcji pojawił się egzemplarz „Wędrowca” Fritza Leibera, prawie bez namysłu zdecydowałem się przeczytać go i zrecenzować. Ktoś spyta – dlaczego? Nazwisko tego autora należy bowiem do panteonu największych sław światowej fantastyki, a i o samej powieści słyszałem sporo pochlebnych opinii. Chcąc je osobiście zweryfikować, zabrałem się do lektury…
Co ciekawe, już przez pierwszy z czterdziestu dwóch krótkich rozdziałów przewija się zdecydowana większość postaci, które odegrają jakąś rolę w akcji powieści, choć niektóre z nich poznajemy jedynie z imienia i nazwiska bądź pseudonimu. Przez początkowe 50 stron Leiber w udany sposób portretuje życie społeczeństwa swoich czasów (powieść pochodzi z 1970 r.), nieświadomego zbliżającego się zagrożenia w postaci tytułowego Wędrowca – gigantycznego statku Obcych; dając jedynie delikatne wskazówki i czyniąc drobne niepokojące sugestie. Kilkakrotnie zwraca uwagę na wpływ literatury fantastycznonaukowej na mentalność ludzi i ich postrzeganie świata, a jednymi z najważniejszych bohaterów są tutaj uczestnicy sympozjum ufologicznego.
Książka z całą pewnością nie jest wolna od mankamentów (o czym później), ale kilka rzeczy w „Wędrowcu” naprawdę urzeka. Powieść pełna jest zabaw językowych, aluzji i odniesień do innych tekstów, a nawet dosłownych cytatów. Dzięki temu sprawia szczególną satysfakcję bardziej oczytanym odbiorcom. Warto wspomnieć, że u Leibera nawet narkomani palący na dachu marihuanę znają twórczość Edgara Rice’a Burroughsa.
Pomimo to, powieść nie jest nadmiernie przeintelektualizowana i naszpikowana fachowym słownictwem, dzięki czemu czyta się ją świetnie, a niektóre opisy naprawdę porywają. Do moich ulubionych fragmentów należy przedstawienie Londynu tuż przed zbliżającą się powodzią. Domyślający się przyszłych wydarzeń czytelnik łowi każdą najmniejszą oznakę zagrożenia, a niczego nieświadomi bohaterowie przypisują im zupełnie inne, prozaiczne znaczenia.
No właśnie, wspomniałem o bohaterach. Ze względu na specyficzną konstrukcję powieści (krótkie rozdziały, dodatkowo podzielone na fragmenty, z których każdy prezentuje punkt widzenia innych osób), trudno jest wskazać jednego, czy nawet kilku protagonistów, bo każda wprowadzona postać jest dla fabuły ważna. Pokuszę się jednak o wyróżnienie z niemałego tłumu trójki przyjaciół: Paula Magbolta, rzecznika prasowego Projektu Księżycowego, astronauty Dona Merriama i Margo Gelhorn, jego dziewczyny. Im, a także wspomnianym wcześniej fanatykom latających talerzy, poświęca Leiber najwięcej miejsca i najdogłębniej analizuje ich relacje między sobą. Chyba właśnie to – relacje międzyludzkie i zachowanie jednostki w obliczu sytuacji ekstremalnych, stanowi faktyczną treść „Wędrowca”. Pojawienie się na naszym niebie gigantycznej sztucznej planety, niszczącej Księżyc i wywołującej kataklizmy na Ziemi, jest tylko pretekstem do ukazania czegoś znacznie bardziej uniwersalnego.
Na razie niemal wyłącznie rozpływam się w zachwytach nad dziełem Fritza Leibera, ale przyznać muszę, że nie wszystko mi tutaj do końca pasuje. Przede wszystkim dialogi - niektóre wydają się być prowadzone nieco sztucznie. Czasem bohaterowie w naprawdę dramatycznych sytuacjach wygłaszają długie i nazbyt spokojne tyrady, których nie powstydziłby się niejeden dobry mówca. Tego typu wypowiedzi nie wpływają dobrze na wiarygodność przedstawionych postaci i zdarzeń.
Poza dialogami nie podoba mi się jeszcze jeden element w „Wędrowcu”, a mianowicie kreacja Obcych. Jakoś nie mogę przekonać się do kosmitów z innej galaktyki, wyglądających jak przerośnięte ziemskie koty z zielonym futrem. Po prostu nie mogę i tyle, choć na szczęście nie występuje ich w powieści bardzo dużo.
Na koniec jeszcze kilka słów o stronie edytorskiej tego wydawnictwa, a stoi ona na dość przyzwoitym poziomie - twarda oprawa, z naprawdę ładną ilustracją autorstwa Macieja Błażejczyka na okładce. W tekście niestety jest trochę literówek, ale nie utrudniają one czytania. Jedynym poważniejszym zgrzytem jest błąd w nazwisku autora na drugiej karcie tytułowej. Cóż, zdarza się…
Podsumowując, „Wędrowiec” to bardzo dobra powieść science-fiction, która zainteresuje nawet kogoś, kto generalnie za tym gatunkiem nie przepada. Z całą pewnością należy ona do kanonu fantastyki, zresztą nie bez powodu na tylnej okładce zachwala ją Andrzej Sapkowski. Warto po nią sięgnąć, choćby po to, żeby poznać klasykę, ale to nie jedyny i nie najważniejszy powód – dzieło Fritza Leibera naprawdę wciąga, zapewnia dobrą, inteligentną rozrywkę i prowokuje do odrobiny refleksji.
Tytuł: „Wędrowiec”
Autor: Fritz Leiber
Tłumaczenie: Julita Wroniak
Wydawnictwo: Solaris
ISBN: 83-89951-56-8
Liczba stron: 422
Cena: 43,90 zł.




Cóż, Żuchu. Twoja recenzja wyłącznie zachęca do sięgnięcia do tej powieści ^^ Lubię s-f, zwłaszcza w trochę głębszym wydaniu, więc może warto. Narazie jednak nadrabiam inne zaległości, w tym “Operacja Dzień Wskrzeszenia” Pilipiuka.
Ciekawy jestem jak długie monologi zdarzają się w tej książce i jak często. Za listeraturą sf nie przepadam, niemniej jednak Twoja recenzja Żuchu bardziej nastawia mnie na próbę przeczytania niż pominięcie tej książki.
Według mnie sf ma dużo szerszy nośnik głębszej treści. Dlatego ją wolę.
Kwestia gustu
Ja za sf nie przepadam, ale nie oznacza to oczywiście, że poziom tego gatunku jest niski.
Oczywiście, że nie Ghost
to Ty nie potrafisz go docenić
a poważnie - ja zawsze wolałem fantasy od statków kosmicznych i wszystkich tych pseudonaukowych klimatów. Tym niemniej “Wędrowiec” jest świetną książką i naprawdę bardzo mi się podobał.
wszystko ok tylko jak chcesz oceniać książkę niz najac kanonu
a czytałem Leibera fantasy dużo
Lema, Le Guin, Dicka., wszystkich.
Ja Ci nie ufam
Nigdzie nie napisałem, że nie znam. Napisałem, że w przeciwieństwie do Leibera, twórczość wspomnianych autorów po prostu nie porwała mnie. Skąd wziąłeś np. nazwisko Dicka? W recenzji nie pada ono ani razu. Poza tym jego akurat lubię