Ben Bova ”Powersat”
autor: Michał ‘Eldarion’‘ Skerczyński
Poza Gwiezdnymi Wojnami nie bardzo interesowałem się kiedykolwiek science fiction, jednak „zajawka” na okładce książki „Powersat” zaintrygowała mnie na tyle by sięgnąć po ów tom. Pomimo, że jest to niekrótkie dzieło, przeczytałem je w zawrotnym tempie – styl autora na tyle przypadł mi do gustu, że nijak nie mogłem oderwać się od lektury.
Trudno mówić o „Powersacie” jako o książce stricte science fiction. Właściwie jest to prequel do cyklu (liczącego sobie obecnie ok. 14 książek) o kolonizacji kosmosu przez ludzi. Akcja „Powersata” rozgrywa się w niedalekiej przyszłości (nie ma podanej żadnej dokładniejszej daty), kiedy to Dan Randolph, właściciel firmy AstroCorporation, realizuje swoje największe przedsięwzięcie – satelitę słonecznego. Zadaniem maszyny jest ściąganie energii słonecznej i przesyłanie jej na Ziemię. Łatwo pozyskiwana w ten sposób energia słoneczna miałaby zastąpić wszystkie inne źródła energii. Wystarczy po nią sięgnąć, a ludzkość nigdy już nie musiałaby korzystać z elektrowni atomowych ani ropy naftowej. Randolph nie jest typowym biznesmenem, któremu zależy jedynie na zyskach. Jego działania mają też pobudki ideologiczne. Niestety, los ciężko go doświadcza. W AstroCorporation dochodzi do kilku incydentów, które niekoniecznie można nazwać wypadkami… szczególnie, gdy zaczynają ginąć współpracownicy Randolpha. Satelitą energetycznym zaczynają interesować się politycy, wielkie korporacje energetyczne i… terroryści. Jakby tego było mało, niedawna katastrofa wahadłowca AstroCorporation utrudnia firmie jakiekolwiek działanie – w chwili, gdy ta jest w dołku finansowym.
Ben Bova potrafi niesamowicie operować słowem. Czytając „Powersat” nie nudziłem się nawet przez chwilę, mało tego, książka tak mnie pochłaniała, że zapominałem o tym, co działo się wokół. Postacie są niezwykle dopracowane i realistyczne, świetnie oddane są też motywy kierujące bohaterami. Nie zabrakło również przyzwoicie rozwiniętego wątku miłosnego. Randolph pała uczuciem do senator Jane Thornton, swojej dawnej miłości. Wszystko jednak wskazuje na to, że ten związek nie ma prawa istnieć. Rzeczowe opisy nie dłużą się, jednocześnie dobrze obrazując daną sytuację. Jedynym elementem, który moim zdaniem można by było zrobić lepiej, stanowi zakończenie. Wydaje mi się odrobinę naciągane, ale może to tylko ja tak odebrałem? Zauważyłem jednak, że niektóre prequele tak właśnie mają. Jeżeli zaś chodzi o oprawę książki, to mogę tylko powiedzieć, że przeciętna okładka zawiera nieprzeciętną treść.
Gdy tylko znajdę na to trochę więcej czasu zamierzam dopaść pozostałe książki Bena Bovy i polecam to wszystkim, którzy lubią kawałek dobrej literatury. „Powersat” to świetna ksiązka na wyjazd, ale myślę, że nikt nic nie straci czytając ją w domowym zaciszu.
Tytuł: Powersat
Autor: Ben Bova
Wydawnictwo: Solaris
ISBN: 83-89951-49-5
Ilość stron: 442




Według mnie jest to jeden z najlepszych cykli SF jakie przeczytałem. Główną siłą napędową serii jest walka wielkich korporacji o panowanie w bliższej i dalszej przestrzeni okołoziemskiej. Autor porusza też kilka istotnych problemów - pojawiają się wątki min. walki z globalnym ociepleniem, plusów i minusów nanotechnologii, możliwości wykorzystania zasobów naturalnych Układu Słonecznego a zwłaszcza pasa asteroid. Istotnym tematem jest też jak może wyglądać Ziemia rządzona przez sojusz ultrakonserwatywnych partii wyznaniowych. Seria składa się zarówno z pojedyńczych tomów jak i dwu-, trzytomowych minicykli.