”Trupojad - nie ma ocalenia” - recenzja
autor: Andrzej ‘Ejdżej’ Jakubiec
Do wszelkiego rodzaju antologii z reguły podchodzi się ostrożnie. Nigdy w zasadzie nie wiadomo czego możemy się spodziewać, szczególnie jeśli konkretny zbiór nie zawiera dzieł tylko jednego autora. Do Trupojada zabrałem się więc z pewną dozą nieufności, potęgowaną faktem, że ta antologia horroru jest głównie galimatiasem debiutów. Debiutanci mają to do siebie, że ich prace są nierówne. Z drugiej jednak strony Lem, Sapkowski i Kres też od czegoś zaczynali…
Jak już wcześniej wspomniałem, Trupojad to antologia horroru. Na zbiór składa się piętnaście opowiadań wyłonionych w drodze konkursu ogłoszonego przez wydawnictwo Red Horse. Książka nie zawiera jednak wszystkich nagrodzonych tekstów, wydawnictwo zaplanowało już drugą część z pozostałymi wyróżnionymi pracami.
Zbiór otwiera wstęp napisany przez jednego z najlepszych autorów polskiej fantastyki ostatnich lat – Jarosława Grzędowicza. Po tym, jak przebrnąłem przez wszystkie opowiadania, raz jeszcze przeczytałem napisaną przez wielokrotnego zdobywcę Zajdla przedmowę i… cóż, być może będzie to ostra ocena, ale wydaje mi się, że ten krótki fragment czyta się lepiej, niż niejeden tekst zaprezentowany w antologii. Do lekkości pióra mistrza młodym autorom wciąż jeszcze bardzo daleko.
Przy okazji wstępu Grzedowicz stara się zwrócić naszą uwagę na trzy, jego zdaniem, najlepsze opowiadania. Czy ma rację? Trudno jednoznacznie ocenić, zapewne jest to kwestia gustu. W antologii, w której brak tekstów wybitnych, znacznie łatwiej wskazać opowiadania słabsze, aniżeli wyróżnić któreś z pozostałych. Mimo to, spróbuję pokrótce napisać o kilku najciekawszych tekstach, czym być może zachęcę Was do sięgnięcia po tę pozycję.
Na pierwszy ogień idzie opowiadanie, które daje tytuł całej antologii, czyli Trupojad autorstwa Piotra Połubińskiego (pseudonim artystyczny). Na wstępie chcę zaznaczyć jedno – osoby, które spodziewają się ciężkiej, przerażającej atmosfery będą zawiedzione. Ten tekst to nie jest horror „pełną gębą”. Czy jest groteskowy? Tak. Nieco makabryczny? Niewątpliwie. Ale czy straszy? Nie bardzo. Czytając opowiadanie nie mogłem pozbyć się wrażenia, że czytam pilipiukowego Wędrowycza. Gdyby Jakub kiedykolwiek przebrał się za grabarza i zaczął robić dziwaczne rzeczy na cmentarzu, wyglądałoby to właśnie tak, jak w tym tekście. Atmosfery na pewno nie buduje fakt, że autor o tytułowym bohaterze (nie grabarzu; dla ścisłości są to dwie różne postacie) pisze zdrobniale – Mirek. Tekst jest całkiem zabawny i nieźle napisany, a do tego ma interesujący wątek fabularny. Ale jeśli to jest horror… to chyba strach się bać.
Kolejnym wartym zauważenia opowiadaniem jest Opowieść Oszusta Jakuba Małeckiego. Podobnie jak poprzedni tekst, także ten został wyróżniony przez Grzędowicza w przedmowie. Opowiada on historię pewnego pracownika banku, który znudzony własną pracą zaczyna oszukiwać klientów, dopisując w umowach kredytowych przedziwne paragrafy. Wkrótce, dzięki niezwykłemu splotowi wydarzeń, przynosi mu to wielkie bogactwo. Pieniądze jednak szczęścia nie dają… Opowiadanie jest szczególnie warte zauważenia ze względu na bardzo dobrą kreację postaci głównego bohatera. Jest przekonujący i żywy, a przez to łatwo przejąć się jego losami. Wciąż jednak z horrorem ma to niewiele wspólnego.
Opowiadaniem, które wywarło na mnie bardzo duże wrażenie są Melodie naszych sąsiadów Roberta Wieczorka. Tekst jest niedługi, ale bardzo „intensywny”. Trzyma w napięciu do samego końca i niepokoi każdym kolejnym zdaniem. Z jednej strony historia jest banalna – młoda dziewczyna, pracownica biurowa, zaczyna nocami słyszeć melodie. Z początku wydaje jej się, że wariuje, ale ostateczna odpowiedź nie jest taka oczywista. W zasadzie do pewnego stopnia czytelnik musi dopowiedzieć ją sobie sam, ale otwarta kompozycja nie psuje tekstu, jak to się czasem zdarza. Co tu dużo mówić – tekst jest po prostu warty polecenia.
Przedostatni tekst, na który moim zdaniem warto zwrócić baczniejszą uwagę, jest Zniknięcie Tomasza Duszyńskiego. Autor nie jest debiutantem i na swoim koncie ma już jedną książkę. To widać. Jako jedna z niewielu, opowiedziana historia rozgrywa się w Ameryce. Główny bohater – Marv – pracuje w firmie detektywistycznej. Tuż przed planowanym urlopem, szef zleca mu nową sprawę. Marv przyjmuje ją niechętnie, liczy jednak na połączenie przyjemnego z pożytecznym, albowiem dochodzenie musi przeprowadzić na pokładzie luksusowego liniowca turystycznego. Od momentu, w którym Marv dostaje się na statek, zaczynają się dziać wydarzenia rodem z nocnego koszmaru. To, co przykuwa uwagę, to specyficzny klimat. Liniowiec można sobie z łatwością wyobrazić jako supernowoczesny statek rejsowy, ale nie ma problemu, by przypisać mu cechy luksusowych środków transportu z połowy poprzedniego wieku. Historia wciąga i przez długi czas ma swoisty posmak powieści Agathy Christie czy chandlerowskich kryminałów. Kawał solidnej pracy.
Kiedy przebrniemy przez kilka następnych, lepszych lub gorszych opowiadań i dotrzemy niemal do końca, zyskamy możliwość zapoznania się z ostatnim. Tekst Pawła Palińskiego pod niezwykłym tytułem Na południe od wtedy, na północ od teraz zasługuje na wyróżnienie. Nie ze względu na historię, bohaterów czy też wartką, trzymającą w napięciu akcję. Nie. Wybitny jest tu język. Autor zauroczył mnie bogactwem swojego słownictwa i wspaniałymi umiejętnościami warsztatowymi. Metafora to chyba drugie imię Palińskiego, bo owego zabiegu używa z gracją i wyrazistością, jakiej nie powstydziłby się żaden porządny autor. Historia jest odrobinę nijaka, nie można jednak powiedzieć o niej „słaba”. Najważniejsze, że jest dostatecznie dobra, aby można było w przyszłości wypatrywać nazwiska autora na okładkach innych książek.
Wydawać by się mogło, że w konkursie wyróżnieni zostali jedynie mężczyźni. Tak jednak nie jest. W zbiorze znajdują się trzy opowiadania (w zasadzie to jedno opowiadanie i dwa shorty) napisane przez przedstawicielki płci pięknej. Niestety, nieważne jak bardzo szowinistycznie to zabrzmi, teksty te są najsłabszymi spośród wszystkich. Być może powodem jest fakt, że kobiecy styl pisania jest nieco zbyt ckliwy. Jeden z shortów jako żywo przypomina smutne marzenia nieszczęśliwej gotki. Dwa pozostałe teksty natomiast w ogóle nie straszą – przy jednym poważnie zastanawiałem się, jak to możliwe, że w ogóle znalazł się w tym zestawieniu. Na szczęście jest bardzo krótki…
Reasumując: Trupojad to antologia nierówna. Znajdziemy tu teksty lepsze i gorsze, co przy dużej ilości autorów jest dosyć zrozumiałe. Niewątpliwym plusem jest, iż znaczna większość autorów to debiutanci. Bardzo chwali się promowanie nowych nazwisk na rynku, w końcu – jak napisałem na samym początku – każdy kiedyś musiał zacząć. Prawdę mówiąc mam nadzieję, że w przyszłości znów będę mógł sięgnąć po prace niektórych spośród zaprezentowanych w zbiorze autorów, czego Wam i sobie życzę.
Tytuł: “Trupojad - nie ma ocalenia”
Autorzy: różni
Wydawnictwo: RedHorse
Rok wydania: 2007
ISBN: 978-83-60504-93-2



